WomanMagazine.pl

Rozmawiamy z Miłoszem Brzezińskim (część 1)

Początek roku to czas zmian. Właśnie o tym, jak zmieniać się skutecznie, jak pośród współczesnego pędu znaleźć czas na to, co istotne i w końcu jak zarządzać sobą i żyć z innymi, rozmawialiśmy z autorem książek i konsultantem w zakresie efektywności osobistej i społecznego rozumienia zjawisk psychologicznych Miłoszem Brzezińskim.

Standard Post with Image

Praca, dom i my – jak w ferworze zadań znaleźć czas na to, by zadbać o każdy z aspektów naszego życia?

Dobre i trudne pytanie. Szukając odpowiedzi na nie zebrałem materiały do dwóch książek: „Życiologii czyli o mądrym zarządzaniu czasem” i „Wy wszyscy moi ja”. Zacznijmy od tego, że wypada wybić sobie z głowy, iż będzie po równo na wszystko. Po pierwsze nie da się policzyć jak to jest po równo, a po drugie po równo wcale nie jest dobrze. Raz to praca wymaga więcej czasu, raz my sami, a raz dom, nad którym regularnie trzeba pracować. Raz czujemy, że mamy ochotę więcej posiedzieć z rodziną, a innym razem potrzebujemy się pozbierać w samotności. Szukamy więc raczej pewnego rytmu rotowania płaszczyznami życia, niż równowagi. Rytm ten w trakcie naszego życia się zmienia. Małe dziecko w domu wymaga innego rytmu, a okres choroby, czy wakacje także. Z tej przyczyny wszystko, co sobie wypracujemy i tak ciągle się rozwala (na przykład wyjazdem na wakacje), przemieszcza (na przykład przez chorobę albo po prostu gorszy dzień), adaptuje do zmieniającej się rzeczywistości i trzeba tego bronić, ponieważ ludzie wokół nas także próbują forsować swoje agendy. W ten sposób dochodzimy do kolejnej prawdy: szukanie złotego środka trwa do śmierci, z rzadka i to na krótko udaje się go osiągnąć, ale jak powiedział poeta: „wolę się napić piwa z ludźmi, którzy szukają prawdy, niż z tymi, którzy ją znaleźli”. Ten proces wiecznej adaptacji, poszukiwania, otwartości na zmiany świata i ciekawości czyni nas ludźmi. Zapytano kiedyś jedną ponad stuletnią psychoterapeutkę (jest ona przy okazji buddystką i da się z nią porozmawiać – niezmiernie rzadki konglomerat cech) o to jaką cechę technologii chciałaby zaimplementować do mózgu, gdyby mogła. Podała przykład GPSa, który, jeśli tylko miniemy wyznaczony zakręt wyświetla napis: „przeliczam trasę”. Gdyby był człowiekiem, pewnie robiłby nam sceny: „co robisz?”, „przecież tu ci wyświetlam!”, „czego nie rozumiesz, durna pało?”. Sporą umiejętnością życiową, swego rodzaju dojrzałością jest odnalezienie złotego środka między tym czego chcemy i umiejętnością angażowania się w realizację celu, a jednocześnie – dosłownie w tej samej chwili – umiejętnością porzucenia go i odłączenia się od niego. Brzmi to paradoksalnie, ale wiele osób twierdzi, iż to balans między byciem zadowolonym z tego, co się ma, a jednocześnie chęcią rozwoju, czyli właściwie nie bycie do końca zadowolonym, wydaje się kluczem do pokornego, skromnego i dobrego w efekcie życia.

Kończy się styczeń, dla niektórych to okres rozliczeń z postanowieniami noworocznymi. W jednym z wywiadów powiedział Pan, że nie powinniśmy budować na motywacji, bo ta jest ulotna, na czym więc budować nowe nawyki, jak się zmieniać skutecznie?

Podejść jest sporo, ale upraszczając – przez wytrwałość i sumienną pracę. Sumienność jest jedną z trwalszych cech temperamentu, więc od razu widać, że niektórym będzie łatwiej, ale każdy ma swój Everest do pokonania. Jeśli nam na czymś zależy, to będziemy szukali sposobu na wdrożenie zmian aż do skutku (albo upadłego). Nie jest niczym dziwnym, że zmiana „nie zaskakuje” za pierwszym razem. Zwykle zaskakuje po czwartej, siódmej poważnej próbie. Inna sprawa, że najłatwiej zmieniać się poprzez zmianę otoczenia. Jeśli nie chcę czegoś robić, powinienem to sobie utrudnić – schować, dać klucz do szafy mężowi albo sąsiadce. Jeśli chcemy mniej oglądać telewizji wystarczy czasem wyjmować z pilota baterie. Jesteśmy tak leniwi, że nierzadko tylko delikatne utrudnienie wystarczy, by zniechęcić nas do działania. Zwykle ta właściwość utrudnia nam wdrażanie do życia zmian pozytywnych, ale dokładając do naszego lenistwa nieco sprytu, możemy przecież zaprząc je do utrudniania sobie niechcianych zachowań. Zmiana mebli, ułożenia biurka, łóżka, miejsca przechowywania zdrowej żywności, a nawet próba zapoznania się z innymi ludźmi wpłyną na nas o wiele sprawniej, niż próba tłumaczenia sobie ad mortem defecatam, że powinniśmy działać w inny sposób. Zmiana otoczenia najczęściej spowoduje, że automatycznie poszukamy innego sposobu funkcjonowania, optymalnego do tego nowego układu.

Jeszcze jedna sprawa. Wprowadzając zmiany trzeba się od czegoś odciąć. Nie da się wprowadzać zmian jedynie dokładając do swojego życia. Lista artefaktów w naszym życiu, które powtarzamy „bo zawsze tak robiliśmy”, albo „bo zawsze tak było” musi zostać zrewidowana i spora część nawyków zbombardowana do poziomu gruntu. Niestety – rytuały dają nam wielkie poczucie bezpieczeństwa, dlatego wywalanie i robienie miejsca na nowe jest wielkim aktem odwagi i krokiem w ciemność. Sam ten akt zbiera krwawe żniwo wśród próbujących: przestać grać na komputerze, zamiast dwóch odcinków serialu dziennie… nie oglądać wcale, wyrzucić połowę rzeczy z szafy i nie dokupić na to miejsce nowych… Wywalić facebooka z telefonu… Przerażające historie!

Badania naukowe twierdzą, że grupa ma większą szansę na odniesienie sukcesu niż osoba działająca samodzielnie, w jaki sposób kształtować nasze otoczenie, by było dla nas wspierające? Jak o tę pomoc prosić?

Rzeczywiście, osoby, które odnoszą sukcesy najczęściej funkcjonują w odpowiednim otoczeniu, a tu mają przynajmniej jedną taką osobę, która ich bezwarunkowo akceptuje. Może to być rodzic, nauczyciel, członek dalszej rodziny, trener – właściwie wszystko jedno. Uczciwie rzecz nazwawszy – w pierwszej kolejności do sukcesu zawsze trzeba mieć nieco szczęścia. Choć bardzo chcielibyśmy wierzyć w jakąś ukrytą sprawiedliwość kosmosu, niestety – niektórzy ludzie naprawdę robią wszystko jak trzeba, a po prostu mają pecha, albo nie mają szczęścia – dajmy na to są wybitnymi wokalistami, ale urodzili się nie w tym kraju co trzeba, albo nie w tym czasie co trzeba, żeby z samego tego powodu zabłysnąć w panteonie muzycznym. Najprostszym sposobem, by uzyskać wsparcie, jest dawać wsparcie. Życzliwość jest jedyną cechą człowieka o wyłącznie pozytywnej konotacji. Inteligencja na przykład taka nie jest. Warto więc pracować nad własną życzliwością, czy nawet uczyć się zasad dobrego wychowania, by w sytuacjach, w których nie czujemy co powinniśmy zrobić, wiedzieć z książki jak wypada się zachować. Po co tak się męczyć? Ponieważ reguła wzajemności jest jedyną neutralną kulturowo regułą na świecie. Różnie jest z innymi technikami wpływu, ale matki dzieci na całym świecie uczą swoich potomków, by odwdzięczali się, jeśli ktoś dla nich coś zrobi. Mamy więc z tego całkiem eleganckie etycznie wiązanie: by odnieść sukces potrzebujesz jak najwięcej osób, które udzielą ci wsparcia, a najłatwiej uzyskać wsparcie od innych samemu je wcześniej dając.

Oczywiście często się wahamy: czy taka życzliwość, altruizm, czy wręcz dobro nie będzie nas zbyt wiele kosztowało. Profesor Adam Grant, który zajmował się swego czasu zjawiskami altruizmu odkrył, że w zasadzie jest to możliwe tylko wtedy, kiedy mamy pecha znaleźć się w otoczeniu, gdzie występują wyłącznie osoby o indywidualistycznej orientacji. A do tego trzeba by mieć ogromnego pecha. Inna sprawa, że pomaganie i bycie dobrym jest trudne. Nawet Jezus pyta w Piśmie Świętym: „Nazywacie mnie dobrym! Co to znaczy?”. No, właśnie? Czytamy w bajkach: żył sobie dobry król. Dobry to jaki? Pozwalał ludziom ciągle leżeć? Całe życie może zająć szukanie tej równowagi między wspieraniem innych, wyręczaniem ich, kiedy rzeczywiście są słabsi, a realizowaniem własnych celów i puszczaniem mimo uszu niektórych zarzutów, że „w ogóle nie jesteś dla mnie wsparciem!”. Znamy to, prawda?

Dalej cytując „Życiologię”, przeczytać możemy, „że bez pełnego zaangażowania nie ma wielu przykrości, ale nie ma i najmilszych przeżyć”. Jak jednak rozpoznać co jest warte tego zachodu? I w co inwestować, bo przecież nie ulega wątpliwości, że energii na wszelkie działania nie będziemy mieć, skoro ciągle ją wyczerpujemy?

Bardzo częsta wątpliwość, a jednocześnie popularny – w mojej opinii – błąd myślenia. Czyli jak przeżyć przygodę, ale, żeby na pewno nic mi się nie stało. Nie ma takich przygód. Satysfakcję w życiu uzyskujemy z tego, co przychodzi nam z trudem, a efektów nie jesteśmy pewni. Pytanie jak poznać, że trud na pewno się opłaci, to pytanie jak poznać, że będziemy pewni wyników. Cała frajda umyka już na początku. Zupełnie nie tędy droga. Niestety – kto nie ryzykuje ten dostaje z życia dwóje. Ujmując sobie niepewności i wysiłku stajemy na zjeżdżalni ku depresji. Jeśli się nie spocimy, to nie będzie czym się pochwalić. Z jednej strony więc, kiedy w życiu coś się psuje: wywalają nas z pracy, w związku jest ciężko, spóźnia się nam pociąg, spóźniamy się na samolot, mamy zrobić trudną prezentację przed tłumem jest to oczywiście stres. Z drugiej jednak próg do przygody. To jest ciężka praca mentalna, żeby się na to przestawić, a jednocześnie nie popaść w efekty Polyanny (że we wszystkim widzimy coś dobrego). Ale ludzie to robią. I są efektywniejsi. Nawet niektórzy naukowcy mówią: jeśli masz tezę i ją udowodnisz, to nie ma się z czego cieszyć, bo niczego nowego się nie dowiedziałeś. Jeśli próbujesz ją udowodnić, a nic ci nie wyjdzie – to dopiero coś ciekawego. Oto zaobserwowałeś coś niespodziewanego!

Oprócz jednak tego całego mącenia wody, spodziewa się Pani ode mnie konkretnej odpowiedzi. I ja mam taką odpowiedź. Po pierwsze wypada robić coś, co lubimy robić. Wtedy, nawet jeśli nie odniesiemy sukcesu, to miło spędzimy czas. Sukces jednakowoż da się odnieść tylko w efekcie wysiłku. Wysiłek nie jest gwarantem sukcesu, ale znacznie zwiększa szansę na jego zaistnienie. I znów wracamy do lubienia. Najlepiej angażować się w coś, czego robienie sprawia nam przyjemność. Jeśli chcemy pisać książki, to najlepiej zostać pisarzem – pisanie sprawia nam przyjemność. W byciu pisarzem większość czasu to gromadzenie materiałów i samotne ślęczenie nad tekstem. Jeśli chcemy wydawać książki, to może lepiej zostać redaktorem albo wydawcą. Taka osoba zajmuje się książkami, dotyka ich, rozmawia o nich i tak dalej. Zostawanie pisarzem, kiedy po prostu lubi się książki, wcale nie jest dobrym pomysłem. Może lepiej mieć urokliwą księgarnię? Albo antykwariacik? Pisarz (oprócz tego, że musi czytać wiele książek), z gotową własną książką ma o wiele mniej styczności, niż potocznie się uważa. Pisarzem lepiej więc zostać, jeśli się lubi pisać, a nie książki w ogóle.

I znów: ciężko taką pasję w sobie odkryć knując na fotelu. Pasja przychodzi w trakcie działania. Jest jego efektem i jest nierozerwalnie z nim związana. Trzeba więc próbować i patrzeć, jak się czujemy. Popisać i zobaczyć jak nam z tym będzie. Iść na staż do wydawnictwa albo założyć małą agencję PRową i spróbować na próbę wypromować jakiś tytuł. Wszystko po to, by sprawdzić, czy codzienność naszej pracy będzie nam odpowiadała. Nie sam efekt końcowy, bo jest on rzadki i różnie z nim bywa. Ale ta codzienność. Każdy kto chce budować szczęście na wyjątkowych sytuacjach w swoim życiu, jest skazany na porażkę. Takich chwil jest po prostu za mało. Szczęście trzeba się nauczyć budować na małych, prostych, częstych przyjemnościach, gdyż tylko tych jest wystarczająca liczba. Wypada jednak trenować wyszukiwanie ich i jak najczęściej wprowadzać się w warunki, które ich dostarczają: odpoczywać, ale i nie stronić od wysiłku.

Pisze Pan o ludziach i kontaktach z nimi, ale co jeśli nie ze wszystkimi można się dogadać? Co z szefem tyranem? Odpuścić, odejść, a może stawiać granice?

Stawiać granice, a w razie co odejść. Wiem, że niektórym ciężko, że pracę trudno znaleźć, że różnie bywa. Dodatkowo firmy, zwłaszcza duże, są dosłownie mistrzami we wmawianiu pracownikom, że rynek pracy, to lawa, która rozpuści ich jak Anakina Skywalkera i nigdy nie powinni opuszczać swojego „bezpiecznego” miejsca zatrudnienia. Ale kiedy dodamy wszystkie ułamki wyjdzie, że po pierwsze nikt nie zagwarantuje nam pracy do emerytury i zawsze możemy zostać zwolnieni dosłownie z dnia na dzień – nie wymieniamy więc już w pracy, jak kiedyś, wolności na bezpieczeństwo. Po drugie nie mamy zbyt wielkiego wpływu na innych ludzi. W pracy zwłaszcza. Nasze relacje mają jednak na celu swego rodzaju efektywność osobistą. Praca jest otoczeniem o specyficznych wymaganiach i strukturze. A na szczycie tej piramidy osobliwości jest szef, na którego nasze przełożenie jest najczęściej żadne. Granice wypada więc postawić rozsądnie, ale w sposób zdecydowany i jednoznaczny. Jeśli nie zostaną uszanowane, optymalnie jest sobie pójść. Można do innego menedżera w tej samej organizacji, można do innej firmy.

Uwaga. Zawsze radzę jednak wcześniej skonsultować swoje granice i jednoznaczność zachowań szefa, by odróżniać domniemania: „spogląda na mnie, jakbym była kupą”, od faktów: „powiedział przy wszystkich, że jestem popromiennym mutantem”. Psychologia wciąż dostarcza dowodów na to, że nie reagujemy na świat taki, jaki jest, ale na taki, jaki nam się wydaje, że jest. Wielu ludzi myśli, że to to samo, ale to jest zupełnie co innego. Zanim więc wykonamy jakiś dramatyczny ruch, wypada pogadać z kimś fajnym – przyjacielem, partnerem – kto z niejednego pieca już chleb jadł i widzi życie nie tylko w czerni i bieli, ale także dostrzega szarości, żeby rozsądnie powiedział, czy nie przesadzamy.

Liczne przemiany sprawiły, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni muszą na nowo określić swoje role i podział obowiązków. Jaka byłaby kluczowa rada dla współczesnych kobiet z Pana ust?

Na to pytanie nie chcę odpowiadać. Nie wiem. Sądzę, że mężczyźni za długo już w historii namieli się pomysłów „co kobiety powinny”. I to były złe pomysły. Ktoś powiedział elegancko: gdyby wymyślono maszynę do podróżowania w przeszłość, osoby czarnoskóre i kobiety pewnie nie ustawiłyby się do niej w kolejce. W dzisiejszych czasach kobiety mają lepsze stopnie na każdym poziomie edukacji. Na pięć osób rezygnujących z edukacji, cztery to mężczyźni. Kobiety są statystycznie lepsze z matematyki (choć potocznie uważają, że są gorsze), a w tym roku powinny już w USA zacząć zarabiać więcej niż mężczyźni. Rok temu jeden z najlepszych uniwersytetów na świecie pochwalił się równouprawnieniem – przyjął dokładnie tyle samo kobiet, co mężczyzn. Jak to? – moglibyśmy zapytać! Przecież kobiety są na tym stratne! W ten sposób okazało się dość szybko, że równouprawnienie, które miało dać szansę kobietom, stało się sprytnym narzędziem ratunku dla mężczyzn, którzy ewidentnie (mówiąc elegancko) spoczęli na laurach. Nie mam więc dla kobiet żadnych rad, ponieważ spodziewam się, że gremialnie mogą mieć na siebie o wiele lepsze pomysły. Nie śmiem się wymądrzać. Mam może jedynie prośbę do kobiet. Kiedy już obejmą należną im w społeczeństwie pozycję, prosiłbym uprzejmie, żeby wykazały się większym sercem wobec mężczyzn, niż mężczyźni na przestrzeni dziejów wykazali się wobec kobiet.

Już niedługo na łamach naszego portalu pojawi się druga część wywiadu, w której rozmawiać będziemy na temat związków.

Podobne artykuły

Rozmawiamy z Miłoszem Brzezińskim (część 2)

Zgodnie z obietnicą prezentujemy drugą część wywiadu z Miłoszem Brzezińskim. Tym razem tę, dotyczącą związków. Zapraszamy do lektury.

Czytaj więcej